Kraków, 20 czerwca, godzina 4 rano.
Raport: ,,Czuwaj, Druhu Prezesie, harcmistrzyni Maryla Kania melduje uczestników obozu gotowych do wyjazdu. Stan: 44 osoby i pies. Kierowca Pan Zenek już czeka za kierownicą”.
Ruszamy w drogę. Zostawiamy za sobą Kraków, bo czeka na nas Chorwacja, a na półwyspie Istria, Poreć. Jednak zanim tam się zakwaterujemy, sprawdzimy, czy mimo że Dunaj ciągle rozdziela Budę od Pesztu, to czy z pięknych i licznych mostów można z każdej perspektywy zachwycać się urokiem Budapesztu. Upał doskwiera niemiłosiernie, ale nie jest przeszkodą, aby od razu ,,iść w miasto” tętniące życiem i jakże nie zrozumiałym dla nas językiem. Budapeszt zachwyca zabytkami od wieków przeglądającymi się w rzece i w oczach turystów, do grona których teraz i my dołączamy. Późną nocą, tylko z rozsądku, wracamy w grupkach do hotelu, bo jutro czas na spotkanie z Chorwacją.
Hotel Delfin na Zielonej Lagunie otwiera przed nami swoje podwoje, a także swoją stołówkę z jedzeniem ,,nie do przejedzenia”. I jak tu schudnąć? Jak się oprzeć pokusie? – usprawiedliwienia czekają na wszystkich chętnych.
Hotel staje się domem, w którym śpimy, jemy i przechowujemy swoje rzeczy, ale przecież nie przyjechaliśmy tutaj ,,do pokojów”, nawiasem mówiąc bez klimatyzacji, co jeszcze bardziej ocieplało gorącą atmosferę na zewnątrz i równie gorącą oraz przyjacielską między nami. Następnego dnia sielskie nic nie robienie, czyli leżenie na plaży. Ale jak można tylko kąpać się i opalać, jeśli z oddali Poreć zaprasza, by się z nim przywitać? Część z nas uległa i tej pokusie. Lody, przepyszne lody wg chorwacko-włoskiej i nie wiadomo jeszcze jakiej receptury, są nagrodą dla podniebienia za trud niezłomnego zwiedzania w 40-stopniowym upale. Ale co tam – było warto.
,,Dzień dobry, Panie Zenku” – przywitanie z kierowcą jest hasłem do wyjazdu. Jedziemy do Puli słynącej z fenomenalnych zabytków z rzymskich czasów, a przede wszystkim z największego i najlepiej zachowanego amfiteatru, będącego wizytówką miasta. Lody, oczywiście też są, bo przecież muszą być.
Ciąg dalszy zachwytów nad ich smakami, ale także zabytkami i architekturą, doświadczymy w malowniczym Rovinj, nad którym opiekę od wieków roztacza święta Eufemia. Roztacza dosłownie – i duchowo, i fizycznie, ponieważ żeby dotrzeć do górującej nad miasteczkiem bazyliki, trzeba pokonać labirynt wąskich uliczek z kolorowymi galeriami i kafejkami. I znowu – jak tu walczyć z tyloma pokusami, ale przede wszystkim z fizycznym wysiłkiem? Ukojenie znajdujemy w lodach, ale także, a nawet przede wszystkim, gdy już osiągniemy szczyt w zapierającym dech widoku na morze i na miasto. Warto było!
Wracamy na Zieloną Lagunę, by przed kolacją ochłodzić się w morzu, a potem nastroić gardła i trzy gitary na śpiew w blasku zachodzącego słońca i wschodzącego księżyca w towarzystwie gwiazd, oczywiście z widokiem na morze.
Morze… co prawda nie ,,nasze morze” z piosenki, tylko Adriatyk, chorwacki Jadran, zaprasza nas na rejs po jego falach do… Słowenii. Błękit morza miesza się z błękitem nieba, złotem słońca i bielą skrzydeł pokrzykujących na nas mew. Od czasu do czasu zaszczycają nas swoją obecnością delfiny, a to po prawej, a to po lewej burcie, abyśmy przypadkiem się nie nudzili.
Dwugodzinne zejście na ląd, by zaglądnąć do Piranu, otoczonego średniowiecznymi murami i do górującego nad miastem kościoła świętego Jerzego – patrona harcerzy, pospacerować uliczkami z gotyckimi kamienicami z czerwonymi dachami, prowadzącymi na centralny punkt miasta – plac Giuseppe Tartiniego, włoskiego kompozytora, który tu się urodził, mocno zaostrzyło nasz apetyt. Wracamy na statek na lunch. Spożywamy go łagodnie kołysani falami, by mieć siły na kąpiel w Kanale Limskim, do którego płyniemy.
W towarzystwie delfinów wracamy do naszego Delfina – hotelu na Zielonej Lagunie, bo kolacja tuż tuż, a potem, tradycyjnie, śpiewanie przy dźwiękach gitar.
Kto powiedział, że jedziemy na Istrię na stały pobyt? Jesteśmy głównie na lądzie, pływaliśmy już także po Adriatyku, a zatem pora sprawdzić co się dzieje pod ziemią. Dosłownie! Słoweńskie Jaskinie Szkocjańskie, wpisane na listę UNESCO, odkrywają przed nami jeden z największych i najpiękniejszych kanionów na świecie z główną atrakcją – podziemnym biegiem rzeki oraz monumentalnymi formacjami skalnymi. Brawo dla całej naszej grupy - daliśmy radę! Brawo dla Ani Dudzik, która tłumaczyła informacje od przewodniczki.
Wracamy na Zieloną Lagunę, by zdążyć z kąpielą, posmakować kolacyjnych smakołyków i napatrzeć się na zachodzące za horyzont, a może zanurzające się w morzu (?), słońce – oczywiście w trakcie śpiewania.
Nasyceni widokami, rozgrzani gorącem, zasypiamy w ciepłych pokojach, często z podwójnym widokiem – przez balkon na zewnątrz i przez otwarte drzwi na korytarz, z nadzieją, że będzie przewiew. Z nadzieją… i przy niej pozostańmy.
,,Dzień dobry, Panie Zenku” – w kolejnym dniu ruszamy z ulgą w klimatyzowanym autokarze na spotkanie z Italią. Czeka na nas Triest, w którym swoje piętno odcisnęły wpływy weneckie i austriackie, w którym mieszają się style architektoniczne od klasycyzmu i neoklasycyzmu, przez neogotyk, po secesję. Nagrodą za zwiedzanie, oczywiście, a jakże w upale, są lody i kawa Illy, z której Triest jest znany.
Tuż za miastem, na skalistym klifie na skraju niewielkiego cypla czeka na spotkanie z nami urokliwy zamek Miramare. Otoczony pięknym ogrodem w stylu angielskim, a częściowo włoskim, zachwyca malowniczym położeniem nawiązującym do jego nazwy - ,,patrzeć na morze”. Zbudował go w XIX wieku arcyksiążę Maksymilian I Habsburg (brat cesarza Franciszka Józefa) dla swojej ukochanej żony. I choć losy gospodarzy zamku były tragiczne, zamek owiany klątwą tym bardziej budzi zaciekawienie i pozwala puszczać wodze fantazji.
Nasyceni włoskim klimatem, z siatkami pełnymi zakupów, a nade wszystko z postanowieniem powrotu, wracamy do Chorwacji. Czas zacząć pakowanie, bo ,,już do odwrotu głos trąbki wzywa”.
Ale nie tak od razu do Krakowa. To byłoby za proste, taka łatwizna to nie dla nas. Na szlaku przecież jest Wiedeń. W Budapeszcie zaczynaliśmy od Dunaju, a w Wiedniu spoglądamy na niego po raz ostatni podczas tegorocznego wyjazdu. Nucąc ,,Nad pięknym modrym Dunajem” zwiedzamy z przewodniczką zabytkowe centrum miasta. Żal wsiadać do autokaru, ale czas jest nieubłagany. To, jak w piosence ,,czas powrotu, czas powrotu…”
PS
W obozie zorganizowanym w Chorwacji na Istrii, w miejscowości Poreć, w terminie od 20 do 29 czerwca 2026 roku, wzięły udział 44 osoby. Zielona Laguna z hotelem Delfin była doskonałą bazą wypadową do zwiedzania Chorwacji, Słowenii i Italii, a po drodze Budapesztu (Węgry) i Wiednia (Austria).
Intensywny program, maksymalnie wykorzystany czas i ekstremalna temperatura to wyznaczniki tego wyjazdu.
Ale nie najważniejsze. Najważniejsze to zapisane na zdjęciach, w sercu i w pamięci codzienne wyzwania, wrażenia i wspomnienia niepowtarzalnej cudownej atmosfery, którą każdy z nas starał się tworzyć.
Wracamy. Ale, jak napisała w dzienniku podróży druhna Jola Skrzypińska, ,,jeśli będzie Wam troszkę smutno, to spójrzcie na kamyk” (wszyscy uczestnicy obozu obdarowani przez ekipę z Zielonego Szczepu, wiedzą o jaki chodzi).
Wracamy, by po obozie… odpocząć w domu.
Dziękuję za wspólnie spędzony czas i do zobaczenia na szlaku.
harcmistrzyni Maryla Kania, Wasza komendantka
zdjęcia: hm Bogdan Dudkowski